Gdzie byliśmy, gdy nas nie było - SZPITAL

Z pewnością zauważyliście zmniejszoną aktywność na blogu, ostatnio pojawiło się kilka - zaplanowanych i przygotowanych wcześniej postów. Wszystko dlatego, że od 26.01.2018 byłam z Jasiem w szpitalu, ale nie przypadkowo na zdjęciu jest Łucja - ona też tam trafiła kilka dni później.... 

Zacznijmy od początku - w piątek poszliśmy z Jasiem do lekarza, ponieważ od wtorku brał antybiotyk i  w piątek zaczął ciężko oddychać, Pani doktor skierowała nas pilnie do szpitala, a tam okazało się, że niestety Jaś ma silne zapalenie płuc. Nic Wam o tym nie pisałam, bo nie miałam do tego głowy, chciałam napisać dopiero jak będziemy już w domu,  a to trochę trwało. Wydarzenia ostatnich prawie dwóch tygodni nadają się chyba do Trudnych Spraw - bo tam są zawsze jakieś niesamowite historie....


W poniedziałek wieczorem zadzwonił do mnie mąż, że są z Łucją na Izbie Przyjęć - nogi się pode mną ugięły. Okazało się, że Łucja zaczęła bardzo wymiotować - raz za razem, na oddziale nie mogła już ustać na nogach. W związku z tym, że wymiotowała - trafiła z tatą na drugi koniec oddziału dziecięcego - do sali z napisem Biegunka, chociaż to nie było to. Kolejnego dnia na obchodzie okazało się, że również ma zapalenie płuc - dzień wcześniej mąż był z nią u lekarza, który nic nie słyszał... Szczęście w nieszczęściu, że trafiła do szpitala i została odpowiednio zdiagnozowana. 


Niestety to nie koniec .... W środę połączyli nas na jedną salę, ale w tym czasie mój mąż zaczął się dziwnie czuć i pojechał do domu - dostał tzw. jelitówki. Nocowała z nami teściowa, ale w nocy zaczęła się źle czuć i kazałam jej uciekać do domu - niestety też złapała to samo co mój mąż. Zostałam sama w szpitalu z dwójką dzieci w szpitalu - moja mama nie mogła nas odwiedzać, bo też jest przeziębiona. Bratu zabroniłam przyjeżdżać - bałam się, że coś złapie i zaniesie do domu, chociaż był u nas kilka razy i pomagał mi przy Jasiu, kiedy mąż z Łucją byli na innej sali i nie mogliśmy się kontaktować. Z pomocą przyszła siostra mojego męża - przychodziła do nas na trochę w ciągu dnia, wtedy mogłam spokojnie zjeść, umyć siebie i dzieci. Niestety po trzech wizytach - zaczęła się źle czuć, strasznie bolał ją żołądek, ale na szczęście nie miała innych dolegliwości związanych z tzw. grypą jelitową, ale to chyba było to, bo zaraziła wszystkich w domu. W niedzielę wieczorem i mnie zaczął strasznie boleć żołądek,  wylałam morze łez ze strachu, bo już nie miał kto do nas przyjechać, wszyscy się pochorowali. Na szczęście butelka z ciepłą wodą,  z którą spałam chyba trochę rozgrzała mi żółądek i moje modlitwy zostały wysłuchane. Jakoś daliśmy radę do dzisiaj, na szczęście dzieci czuły się już lepiej i nie były już takie marudne, chociaż Łucja już strasznie chciała do domu... Od lat słyszę o tym, że w naszym szpitalu na oddziale dziecięcym dostaje się "jelitówki" - niestety chyba coś w tym jest... 


Ostatnie dni były bardzo ciężkie - zarówno pod względem fizycznym, jak przede wszystkim pod względem psychicznym. Warunki w szpitalu były ok - miałam swoje łóżko, Jaś łóżeczko - choć i tak w nocy spał w większości ze mną, a Łucja łóżko. Byłam całkowicie aspołeczna, nie wychodziłam z dziećmi z sali jeśli to nie było konieczne, ale bardzo bałam się tego, że coś złapią na szpitalnym korytarzu czy od innych dzieci. 


Zanim zaczęłam pisać ten tekst - wróciłam do wpisów sprzed 3 lat:
 Aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy do nich wróciłam. Podtrzymuję to, że pielęgniarki były bardzo miłe i serdeczne, szczególnie jeśli my jesteśmy tacy sami. Nie jest to łatwe, gdy jest nam ciężko, ale niejednokrotnie to one były dla mnie wsparciem i pomagały dobrym słowem. Bardzo doceniam ich pracę, która nie jest łatwa. Podobnie ma się sprawa, jeśli chodzi o lekarzy -  mieliśmy bardzo dobrą opiekę, uzyskiwałam odpowiedzi na moje wszystkie zapytania i wątpliwości. Na szczęście okazuje się, że nasza służba zdrowia wcale nie jest taka zła, jak się o niej często mówi - co z pewnością jest bardzo krzywdzące dla wielu osób w niej pracujących.

Google Plus

O Maria S.-W.

Matka, żona, kobieta, która wciąż czegoś szuka i za czymś goni… Kocha wszystko co typowo kobiece – kosmetyki, ubrania, gadżety i inne bibeloty. Blog jest odzwierciedleniem tego co jej w duszy gra :) Zapraszam do obserwacji moich profili na Instagramie i Facebooku.

12 komentarze :

  1. Ja że starszym synem byłam w Grudziądzu jak miał 4 miesiące. Niestety w okresie płodowym nie wykształciła się jedna z nerek i powstała torbiel która trzeba było usunąć operacyjnie.
    Nie mam obiekcji co do pielęgniarek, ale był przypadek że przyjeli na oddział przeziębione dziecko. Na szczęście synek niczego nie zlapal, ale ostatniej nocy na oddziale wzięła mnie goraczka a po powrocie do domu wzięło mnie przeziebienie. Każde z dzieci zanim zostało przyjęte na oddział było badane przez lekarza. Nie wiem jakim cudem nie zauważyli że jedno z dzieci jest podziebione

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takim cudem..ze najpierw infekcja jest krajowa, a potem są objawy. Nie można mieć pretensji do lekarza, że nie rozpoznał infekcji, której w trakcie badania nie było. Obraz dziecka zmienia się drastycznie.. dlatego z Maluchem należy jeździć do szpitala jak tylko dostanie owe skierowanie do szpitala. 😕

      Usuń
    2. Niestety Łucję często hez przeziębienii rozbiera "w oczach" czyli w ciągu kilkudziesięciu minut dostaje szkliste oczy, katar i kaszel,.a chwilę wcześniej nic jej nie było.... :(

      Usuń
  2. Aż się popłakałam, zdrowia :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :*
      Ja przez te dni wylałam morze łez

      Usuń
  3. To mieliście masę "przygód" w tym szpitalu. Faktycznie panują jakieś wirusy u nas też jest oblężenie na oddziałach dziecięcych. My tylko kaszel i katar miałyśmy. Zdrówka dla Was wszystkich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, przez te dni było masę przyjęć na oddział

      Usuń
  4. Mam nadzieję że doceniasz również pracę lekarzy na tym oddziale. 😷 Były to najprawdopodobniej rotawirusy, adenovirusy albo norawirusy, które występują najczęściej. U małych dzieci nawet po godzinie zmieniają się zmiany osluchowe, dlatego lekarz u Łucji mógł nic nie słyszeć..bo wtedy nie było objawów. Tak się zdarza. CYTUJE "" Od lat słyszę o tym, że w naszym szpitalu na oddziale dziecięcym dostaje się "jelitówki" - niestety chyba coś w tym jest..."" to by oddział zamknęli, a ludzie tam pracujący by tylko łazienkę okupowali skoro tak jest. Należy myć i dezynfekowac ręce. Pić duuuuzo wody. Dzieci nie mogą bawić się na podłodze co często obserwuje. Miałaś idealne warunki w mojej Klinice nie ma łóżek dla Rodziców. Śpią na fotelach na siedzącą. Takie sytuacje się zdarzają jak Twoje TRUDNE SPRAWY. Zdrówka Wam życzę i teraz bierzcie probiotyki przez miesiąc i pijcie kefiry.. trzeba wyjalowiona florę uzupełnić bakteriami. Zdrówka życzę 😷☺😷

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że tak, nawet to dopisalam. ;)
      Masz rację, jest tak prwjoe dlatego że leżą tam dzieci z różnymi chorobami, ja tak dezynfekowałam i myłam rece, że az mi skora się przesuszyla.
      Tez widsialam dsieci bawiące się na szputalnyn korytarzu na podłodze, dziewczynka obok wciaz siedziala na korytarzu na podlodze i dostała jakichs wymiotów w ostatni dzień jak wychodziliśmy.
      Wiem że łóżko dla mnie to był luksus, bo jak lexalam 3 lata temu z Łucja to nie było takiej możliwości...
      Bierzemy probiotyki i siedzimy w domu

      Usuń
  5. Współczuję. Na pewno było Ci ciężko. Mam nadzieję, że choroby będą Was już omijać z daleka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, ale okropny wirus, wszyscy praktycznie go złapali.

    OdpowiedzUsuń
  7. Życzę Wam wszystkim dużo zdrówka!

    OdpowiedzUsuń